Berichte Krakau-Aufenthalte 2015

 

Hier enden die Berichte des ERASMUSplus-Projektes 2016-2017

Den europäischen Friedensraum sichern – Aus Biografien lernen

und beginnen die Berichte aus dem sogenannten Vorläufer-Projekt:

 

Guardians of Peace in Cracow and in Berlin

Das Projekt wurde 2014-2015 im Rahmen von Grundtvigs Lifelong Learning Programme von der Frauenstiftung eFKa (Krakau, Polen) und von dem Interkulturellen Frauenzentrum S.U.S.I. (Berlin, Deutschland) realisiert. Sechs Frauen aus Deutschland und sechs Frauen aus Polen arbeiteten vier Wochen lang als Freiwillige mit eFKa und mit S.U.S.I. zusammen. Sie beschaeftigten sich mit dem Thema der Zweiten Generation –  mit den Spaetfolgen des Zweiten Weltkrieges.

logo LLP

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1.Bericht:

Strażniczki pokoju

Von Anna Kohli

Jechałam pociągiem z bolącym kolanem do Berlina, był 1 października 2014. Kiedy kręciłam się nerwowo, szukając miejsca do wygodnego ułożenia nogi, pomyślałam, że gdybym znalazła się w Polsce, we wrześniu 1939 roku, razem z nieszczęsnymi uciekinierami z Warszawy, w drodze na wschód, z tobołami, na drogach pod obstrzałem samolotów, to nie miałabym szansy na przeżycie. Nie mogłabym doskoczyć do ukrycia, nie mogłabym się pośpieszyć, nie mogłabym targać walizek i plecaków. Często utożsamiam się z ludźmi z tamtych lat, z zagrożeniem tamtych lat. To stało się niemal obsesją. Nie jestem Żydówką, ale często zastanawiam się, czy mam tzw. dobry wygląd. Mam, udałoby mi się, mam stosunkowo mały nos, jestem ciemną blondynką. Udałoby mi się na pewno. Może znałabym wtedy, tak jak dzisiaj, niemiecki, to by mi pomogło w przeżyciu najgorszych sytuacji. Czasami śnię o tym, jak dyskutuję po niemiecku z gestapo i zwyciężam. I przeżywam.

Kiedy byłam dzieckiem, ciągle śniłam o waleniu w drzwi, wiedziałam, że teraz przyszli po mnie. Szukałam schronienia na szafie w kuchni. Tu mnie nie znajdą, nikt mnie nie wykryje. Zawijam się w kłębek na kuchennej, wąskiej i chwiejącej się szafie i udaję, że mnie nie ma.

Czasami, po solidnej konsumpcji riojy, pękałam przy stole i opowiadałam córkom o tym, jak w latach pięćdziesiątych niedaleko mojego domu na Woli, który znajdował się na terenie getta, odkopano masowe groby. Dla dzieci z podwórka to była nieprawdopodobna frajda. Lecieliśmy oglądać wykopane doły, w tym mazowieckim, jasnym piasku leżały czaszki, szkielety. Potem opowiadałam o moim przyjacielu dzieciństwa Jurku Rozencwajgu, i o innych dzieciach, które mu zatruwały życie na podwórku. Opowiadałam o normalnym, polskim antysemityzmie powojennym. Oczywiście, wstydziłam się później. Znowu się rozkleiłam, znowu przesadziłam. Co ja w końcu przeżyłam. W porównaniu z moim ojcem, powstańcem warszawskim, jeńcem wojennym w obozie sowieckim i w dwóch obozach niemieckich, nie przeżyłam nic. Potem przeczytałam wywiad w Gazecie Wyborczej z Mikołajem Grynbergiem, synem Henryka, który „tę zupę z Oświęcimia jadł codziennie“ i zrozumiałam, że nie jestem wariatką.

W przedziale w pociągu do Berlina siedziała miła starsza pani. Zamieniłyśmy parę słów po angielsku i obydwie zagłębiłyśmy się w swoich I-Padach. Dopiero pół godziny przed Berlinem zaczęłyśmy rozmawiać. Ta pani spędziła chyba dwa miesiące w Polsce, jest Żydówką z Australii, jej rodzice uciekli z Polski przed wojną. Brała udział w projekcie prowadzonym przez izraelskich psychologów. Dzieci ofiar jeździły po Polsce, szukały źródeł, miejsc przodków. „A ja jadę do Berlina, bo biorę udział w projekcie „Strażniczki pokoju“, Niemki i Polki spotykają się i rozmawiają o przeszłości, chcę opowiedzieć o moim ojcu“. Niestety, już zbliża się stacja Tiergarten, ta pani jedzie odwiedzić mieszkającego w Berlinie syna i musi wysiadać. Oboje machają mi na pożegnanie na peronie, a ja, niewygadana i wściekła, jadę na Hauptbahnhof.

Cierpię na ostry syndrom punktualności, więc zjawiam się na Bayerischer Platz, tam gdzie jest siedziba S.U.S.I., godzinę przed spotkaniem. Idę do włoskiej knajpy na rogu i zamawiam prosecco. Starszy pan przy stoliku obok zaczyna konwersację. Jestem zła, bo chcę być sama i nie potrzebuję towarzystwa. Już zauważyłam, że berlińczycy stali się nowymi Włochami, zagadują, oferują pomoc. Wystarczy, że rozglądam się nieco niepewnie w metrze i od razu ktoś podchodzi i pyta, czy może pomóc. Ten starszy pan opowiada o swoim dzieciństwie. Urodził się we Wrocławiu, do którego teraz ciągle wraca. Opowiada mi o przeżyciach swojej rodziny. O przesiedleniu, o tragedii jego matki. Mogłabym słuchać godzinami, w ostatnim momencie uciekam do S.U.S.I. , żeby zdążyć na spotkanie.

W S.U.S.I. opowiadam o ojcu. O jego wędrówce na wschód, we wrześniu 1939 roku, o jego przygodach, o niewoli u Sowietów i cudownym uratowaniu się przed rozstrzelaniem, o jego przygodach jako wymienionego jeńca w Bawarii, o powrocie do Warszawy, o rozpoczęciu nauki muzyki na tajnych kursach. O jego udziale w Powstaniu. O obozie w górach Harzu. Mówię również o tym, że historie rodziców naprawdę docierają do świadomości bardzo późno. Te spacery z ojcem jeszcze w latach sześćdziesiątych, kiedy wszystkie mury nosiły rany i kiedy Tata pokazywał mi wszystkie miejsca horroru wojennego, wyparłam potem ze świadomości. Dosyć, mam już dosyć. Wystarczy.
Słucham opowieści innych kobiet w grupie. Wracam do mojego przytulnego mieszkanka w Moabicie i cieszę sie Berlinem. Nie zawsze tak było. Bardzo długo nie mogłam otworzyć się na Niemcy. Na początku lat siedemdziesiątych pojechałam z moim szwajcarskim mężem do Frankfurtu. Wystarczył wypad do knajpy, w której podchmieleni goście śpiewali wojenne piosenki. Dziękuję. Do widzenia. Wybiegłam roztrzęsiona z restauracji i chciałam wracać z powrotem do Szwajcarii, jak najszybciej.

A jednak. Mój niemiecki poprawiał się z dnia na dzień, doszło zainteresowanie literaturą niemiecką, potem feminizm i fascynacja Alice Schwarzer. Potem Margarete Mitscherlich, Rosa von Praunheim, Dieter Hildebrandt, Nina Hagen, Marion von Dönhoff, Wolf Biermann, Petra Kelly, Daniel Cohn-Bendit. A jeszcze później szukanie tych moich ukochanych trzech Bogiń w Niemczech, Austrii, Szwajcarii. I nagle Niemcy stały się fascynującym krajem, niezwykłym. Tyle można tam odkryć, wystarczy pojechać do Muenster, do Kolonii, do Bonn, na Rugię.

Ze Sławką i Lizzy pojechałyśmy do Forum Lwa Kopelewa w Kolonii. Sławka przedstawiała swój dokumentalny film „Jugów“. Atmosfera w Forum Kopelewa niezwykła, Rosjanie, Polacy, Niemcy. Jedna wielka rodzina. Dyskusja po filmie była za krótka, tyle jeszcze spraw zostało do omówienia. Potem ponowne spotkanie w S.U.S.I. Roswitha Schieb opowiada o Krakowie. Jestem zafascynowana, bo Roswitha pokazuje takie aspekty Krakowa, których nie znałam. Potem kolejne spotkanie, podczas którego Lizzy Libera opowiada o Krakowie i śpiewa pieśni Maszy Kaléko. Dyskutując o niemiecko-polskiej problematyce przypominam sobie, że kiedyś dawno temu, pisząc pracę magisterską na Uniwersytecie Zurychskim, odkryłam niemiecko-polską autorkę, dramatopisarkę Eleonorę Kałkowską. Zafascynowana jej osobą pojechałam do Berlina, chciałam w Archiwum der Kuenste poszperać trochę i dowiedzieć się więcej o tej interesującej kobiecie. Połów był dosyć marny. Potem o niej zapomniałam. Teraz w Berlinie, kiedy nagle chciałam o niej opowiedzieć, zamilkłam. Zapomniałam jak się nazywa. Dopiero teraz piszę o niej artykuł. Niezwykła kobieta. Niezwykły życiorys. Postać wiążąca niemiecko-polskie dziedzictwo. Prawdziwa Europejka, która we Wrocławiu, Krakowie, Petersburgu i w Berlinie czuła się jak u siebie w domu. W Londynie i w Paryżu. Zapomniana, nikt o niej nic nie wie, oprócz paru badaczek. A przecież jej bogata biografia mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu.

Nie chodziłam po Berlinie sama. Czasami towarzyszył mi w myślach mój zmarły ojciec. Ile razy słuchałam, że marzy o odwiedzeniu tych wszystkich miejsc w górach Harzu, w których był więziony po Powstaniu Warszawskim. Wernigerode, Blankerburg, Osterode. Kiedy wyruszyłam w Moabicie pierwszy raz na spacer po okolicy i szłam Kaiserin-Augusta-Strasse, natknęłam się na poprzeczną Osterodestrasse. Ojciec byłby Berlinem zachwycony. Miał przyjaciół Niemców, całe życie starał się nauczyć mówić po niemiecku, co mu się nie za bardzo udawało.
Kiedy po raz kolejny znalazłam się na Museuminsel, popatrzyłam na ścianę Neues Museum przy wyjściu w kierunku Friedrichstrasse. Mur i kolumny nosiły blizny pocisków. Tak jak mury Warszawy, które mi ojciec pokazywał podczas wspólnych wycieczek.

Advertisements

Kommentar verfassen

Trage deine Daten unten ein oder klicke ein Icon um dich einzuloggen:

WordPress.com-Logo

Du kommentierst mit Deinem WordPress.com-Konto. Abmelden /  Ändern )

Google+ Foto

Du kommentierst mit Deinem Google+-Konto. Abmelden /  Ändern )

Twitter-Bild

Du kommentierst mit Deinem Twitter-Konto. Abmelden /  Ändern )

Facebook-Foto

Du kommentierst mit Deinem Facebook-Konto. Abmelden /  Ändern )

Verbinde mit %s